Stara wariatka, czy koci anioł?

Kiedyś miałem dom. Byłem malutkim śnieżnobiałym, puszystym kotkiem. Wszyscy brali mnie na ręce, przytulali i kochali. Minęło kilka miesięcy, a ja rosłem. Mam wrażenie, że im większy byłem, tym zainteresowanie rodziny w stosunku do mnie malało. W końcu nadszedł ten dzień…

Z pamiętnika porzuconego kota

Moja rodzina bardzo się cieszyła, często padało hasło „wyjazd”, „święta” i częściej zwracali przy tym na mnie uwagę, tzn. często na mnie spoglądali, a ja cieszyłem się i z tego. Nagle pojawił się mój transporterek… jadę z nimi? Hurra! Dobra jestem już w samochodzie, troszkę nie lubię nim jeździć, ale to nic, wytrzymam… Tak bardzo lubię, gdy moja rodzina jest taka szczęśliwa… Ale zaraz… auto zatrzymuje się i co to? Obca ulica? Otwierają transporterek, wyciągają mnie z niego, zostawiają na tej ulicy i odjeżdżają. Co się dzieje? Zostałem sam, nie mogę się poruszyć sparaliżowany strachem… czekam, jest już noc… robi się zimno, jestem głodny… Co mam teraz zrobić? Nie znam tego świata na zewnątrz…

Przez kilka dni błąkałem się w okolicy, w której mnie zostawiono. Ukrywałem się w ciasnych zakamarkach, nie jadłem… w końcu byłem tak słaby, że się poddałem. Leżałem na chodniku, obok przechodzili jacyś ludzie, nie miałem siły na nich spojrzeć. Ktoś wspomniał, że trzeba tego zdechłego kota wrzucić do kontenera na śmieci, bo źle tu wygląda… Było mi wszystko jedno, mój świat i tak się zawalił. Nagle… zjawiła się Ona… uklękła obok, dotknęła mnie! Nie brzydziła się jak inni… powiedziała coś cichym miłym głosem, że mnie stąd zabierze i wyleczy?

Stara wariatka, czy koci anioł?

Nieee… to pewnie mi się śni. Zamykam oczy i odpływam…

Obudziłem się w ciepłym miejscu, do łapki miałem przyczepiony jakiś wężyk i obok była Ona… Z czułym, zatroskanym spojrzeniem, wspomniała coś o lecznicy dla zwierząt, że jestem tu, bo byłem bardzo słaby i odwodniony, prawie umarłem. Pan w białym kitlu wspomniał, że wyglądam na domowego… nie jestem kastrowany, więc pewnie znaczyłem teren moczem i dlatego „rodzina” się mnie pozbyła… fakt, czasem obrywałem w domu, choć nie wiedziałem wtedy za co…

Od kilku dni jestem w lecznicy, zostałem wyleczony i przeszedłem zabieg kastracji. Ta miła pani odwiedza mnie codziennie. Wspomina, że szuka dla mnie domu, ale na razie cisza, że w święta ciężko o adopcję. Że jak nic się nie znajdzie to wrócę na ulicę, ale będzie się mną opiekować, nie zabraknie mi jedzenia.

Wróciłem… mój anioł zostawił mnie w miejscu, w którym były również inne koty. Część z nich była oswojona przez człowieka jak ja, a część kotów była zupełnie dzika. Te koty pojawiały się jedynie w porze karmienia dwa razy dziennie. Jedzenie zawsze dostawaliśmy bardzo punktualnie, z daleka było słychać charakterystyczne kroki naszego anioła. Pani była już staruszką, chodziła o lasce i ciągnęła za sobą wózek z karmą i wodą dla nas. Zawsze miała przy sobie wrzątek, żeby rozpuścić zamarzniętą wodę w miseczkach, po czym nalewała świeżej i dodawała troszkę tłuszczyku… Mówiła, że to po to, aby wolniej zamarzała. Czasem też przynosiła specjalnie kocie domki, które sama robiła ze styropianu i foli. Byliśmy najedzeni i było nam ciepło.

Staruszka opowiadała nam o sobie. Zawsze kochała koty i im pomagała. Nie jesteśmy jej jedynymi podopiecznymi, staruszka ma kilka takich kocich punktów w mieście. Teraz jest jej bardzo ciężko, nie ma dużo pieniędzy. Do tego ma już swoje lata i coraz trudniej jest jej się poruszać. Nie ma również nikogo bliskiego, kto by jej pomógł. Miała tylko nas… a my mieliśmy tylko ją.

Pewnego dnia przyniosła nam trochę mokrego chleba i ryżu. Płakała, że zapasy karmy się skończyły i dzieli się swoimi jedzeniem, że nic więcej nie ma….

W pewnej chwili zjawił się jeden pan, strasznie krzyczał, padały bardzo przykre słowa z jego ust. Staruszka broniła siebie i nas, mówiła, że przecież sprząta, nie zostawia żadnych miseczek… koty nie śmierdzą, nie roznoszą chorób… są zdrowe! Nikomu nie przeszkadzają… Pan jednak nie chciał słuchać i w złości popchnął staruszkę… upadła, płakała i nie mogła się podnieść sama. Podbiegłem szybciutko spanikowany! Ale co mogłem zrobić? Staruszka powtarzała, że jej zimno… był styczeń… położyłem się obok i ogrzewałem.

Odzywała się coraz rzadziej. Bardzo się bałem, wybiegłem na ulicę, próbowałem zwrócić na siebie uwagę ludzi, ale nikt nie patrzył… podbiegłem do kolejnej osoby, to była młoda dziewczyna. Zatrzymała się z czujnym spojrzeniem, ale już chciała ruszyć do przodu! Moja szansa! Posłałem najbardziej przeszywające spojrzenie na jakie mnie stać. Zrozumiała! Chyba… , ale najważniejsze, że poszła za mną…

Od razu podbiegła do naszego anioła, pomogła jej wstać, okryła swoją kurtką. Chciała dzwonić na policję, ale nasz anioł prosił, aby tego nie robiła, tłumacząc, że to nie zdarza się pierwszy raz, a ona boi się o nas, że zemszczą się na nas. Okazało się, że dziewczyna była wolontariuszką, działa w fundacji, która pomaga kotom. Obiecała, że nie zostawi tak tej sprawy, pomoże nam i staruszce.

Przez kilka następnych dni to dziewczyny z fundacji nas odwiedzały. Mówiły, że nasza pani nabiera sił i niedługo do nas wróci. Zorganizowały zbiórkę karmy dla nas i paczkę z jedzeniem dla naszej opiekunki. Po kilku dniach nasza staruszka wróciła. Wszyscy się do niej tuliliśmy, pani każdego z nas brała na ręce, mówiła czule, po imieniu… tak! Każdy z nas miał swoje imię.

Pewnego dnia, gdy spacerowałem sobie po okolicy, dwóch panów zwróciło na mnie uwagę, zaciekawiony podszedłem, gdy mnie wołali… Może dadzą mi dom lub chociaż jedzenie – pomyślałem!

Bardzo się myliłem, gdy tylko podszedłem, złapali mnie i potwornie skopali… obrywałem w głowę w brzuszek, ostatecznie rzucili mną o ścianę i odeszli. Straciłem przytomność, tak bardzo bolało. Obudził mnie potworny ból i potworny płacz. Płacz mojej pani… Bała się mnie dotknąć, żeby nie sprawiać więcej bólu. Na końcu znalazłem się znów u pana w białym kitlu. Byłem operowany, czekała mnie długa rekonwalescencja… mój anioł przychodził codziennie, do czasu… nie było jej u mnie przez dwa dni, co się stało?

Znów się bałem… Nagle pojawiła się dziewczyna z fundacji, powiedziała, że moja opiekunka jest w szpitalu, straciła przytomność w domu, była bardzo osłabiona. Gdyby nie to, że wolontariuszki miały dla niej karmę ze zbiórki i postanowiły dostarczyć ją do jej domu, nikt by jej nie znalazł, mogło się to źle skończyć. Pani bardzo płakała, że jej koty zostały bez jedzenia. Dziewczyny obiecały jej pomóc. Koty oswojone trafią do adopcji, a dzikuski zostaną pod opieką fundacji i będą przez nie dokarmiane. Dziewczyna powiedziała, że mnie zabiera - będę miał dom, ale tymczasowy, że znajdą mi nową odpowiedzialną rodzinę, że nie mogę wrócić na ulicę, nie będę do końca sprawny fizycznie po urazach, których doznałem.

Fot:vetopedia

Los się do mnie uśmiechnął, trafiłem do dobrego domu. Moja nowa rodzina bardzo mnie pokochała, a ja ją. Dbają o mnie, zawożą na rehabilitację. Powoli czuję się lepiej. Lecz nie zapomniałem, komu to wszystko zawdzięczam, gdzie bym był w tej chwili, gdyby nie pewna starsza pani. Na pewno nie wśród żywych.

W ciągu mojego krótkiego życia, doznałem wielu krzywd. Wiem, co oznacza porzucenie, tułaczka, zimno, głód i ból. To, że żyję, zawdzięczam tylko mojej karmicielce.

Nie jestem jedyny w takiej sytuacji. Wiele kotów przetrwało tylko dzięki pomocy takich ludzi. Ludzi, którzy wbrew wszystkiemu i wszystkich nie pozwolą kotom umierać z głodu, wyziębienia czy z innych powodów. Często, aby to robić, znoszą pogardę ze strony innych „ludzi”.
Zdarza się, że dla kotów ryzykują swoje zdrowie, a nawet życie.

Koty w mieście

Tego typu historie niestety mają miejsce. Wielu osobom przeszkadzają bezdomne koty, przeszkadzają również dobre dusze, które się nimi opiekują. Jednak należy pamiętać, że koty są elementem miejskiego ekosystemu, dzięki nim w naszych domach, piwnicach czy garażach nie ma plagi myszy oraz szczurów. Nie można utrudniać im bytowania, przesiedlać. Większość z nich żyje tylko dzięki pomocy dobrych ludzi, którzy dokarmiają je, leczą oraz dbają o to, aby zwierzęta były kastrowane/sterylizowane, po to aby tę bezdomność ograniczyć, a tym samym kocie cierpienie i tułaczkę.

Bardzo często karmiciele pomagają kotom za własne pieniądze, niestety wiele gmin w Polsce nie dostrzega lub nie chce dostrzec problemu z niekontrolowanym rozmnażaniem tych zwierząt. Na szczęście małymi kroczkami los bezdomnych kotów zaczyna się poprawiać, część miast (zwłaszcza tych większych) zaopatruje mieszkańców w specjalne talony na zabiegi sterylizacji/kastracji bezdomnych zwierząt. Pojawiają się również głośne hasła o uchylanie piwnicznych okienek zimą, wystawianie jedzenia dla bezdomnych kotów.

Wbrew powszechnemu przekonaniu koty bezdomne sobie nie radzą. Szczelnie zamykane budynki w miastach, sprawiają, że te zwierzęta nie mają schronienia przed mrozami. Trudno im również coś upolować. Często umierają z głodu i wyziębienia. Ktoś widział umierającego kota na ulicy? Pewnie nie… Te zwierzęta, gdy słabną lub umierają, ukrywają się… odchodzą cichutko… pozostaje mieć nadzieję, że za tęczowym mostem wszelkie krzywdy, których doznały od ludzi, zostaną wynagrodzone.

Jak można pomóc? W każdej miejscowości znajdzie się koci anioł – karmiciel. Taką osobę można znaleźć tam, gdzie są większe skupiska kotów np. ogródki działkowe. Można również prosić o informacje lokalne organizacje prozwierzęce, schroniska dla zwierząt, czy gabinety weterynaryjne. Na pewno są zorientowane, gdzie można znaleźć kocich karmicieli. Takim osobom przyda się przede wszystkim karma dla kotów, styropian, folia stretch, słoma. A także pomoc w dokarmianiu.

Karmiciele odwiedzają swoich podopiecznych kilka razy dziennie, codziennie. Nie ważne czy w danym dniu jest śnieżyca, ulewa czy upał… koty czekają – punktualnie. Często karmiciele rezygnują z wyjazdów urlopowych, świąt z obawy, że zwierzęta podczas ich nieobecności będą głodne lub zachorują. Dlatego warto zaproponować im pomoc i wziąć na siebie kilkudniowe zobowiązanie w dokarmianiu kotów. Czy karmiciele są dziwaczni? Nie, karmiciele są ostrożni.

Niejednokrotnie ludzie dali im się we znaki, krytykując, wyzywając, przeganiając z miejsc dokarmiania kotów. Tymczasem to anioły, które cicho, z dala od błysku fleszy, systematycznie niosą pomoc bytującym w miastach kocim biedom. Spotykając karmicielki uśmiechnijmy się do nich i zaoferujmy jakąś pomoc. Z pewnością ucieszą się widząc nasze zrozumienie dla swojej misji.

data publikacji artykułu: 2018-12-19

Popularne teraz

Komentarze