Zdziercy w kitlach?
Zdziercy w kitlach, lekarze tylko na kasę, 500 zł za nic – w sieci aż roi się od komentarzy, w których właściciele zwierząt wylewają swoje żale na weterynarzy. Ale czy naprawdę wiemy, za co płacimy? Czy zdajemy sobie sprawę, ile kosztuje prowadzenie nowoczesnego gabinetu w 2025 roku i ile poświęceń wymaga zawód lekarza weterynarii? Ten artykuł nie będzie laurką – ale uczciwym spojrzeniem na temat, który zasługuje na więcej niż tylko facebookowe frustracje.
Co tak naprawdę kosztuje leczenie zwierząt
Wystarczy wejść na jakąkolwiek facebookową grupę miłośników zwierząt, by wśród ogłoszeń o adopcjach i zdjęć pupili natknąć się na znajomy refren:
„U weterynarza zostawiłam 500 zł za głupią wizytę!”,
„Wszyscy tylko zdzierają!”,
„Lepiej pojechać do innego miasta, tam biorą połowę mniej!”
Emocje są zrozumiałe – nikt nie lubi wydawać dużo, szczególnie w nagłych sytuacjach. Ale warto zadać sobie jedno, proste pytanie: czy naprawdę ktoś tu kogoś okrada, czy może nie rozumiemy, jak wygląda praca lekarza weterynarii w 2025 roku?
Wszyscy chcemy „dobrego weterynarza”
Każdy opiekun chce dla swojego zwierzaka tego, co najlepsze: szybkiej diagnozy, nowoczesnego sprzętu, odpowiedniego leczenia, dobrej komunikacji, uprzejmości, dostępności poza godzinami pracy. Chcemy lekarza, który ma doświadczenie, wie, co robi, i nie leczy „na czuja”, tylko zleca badania i konsultacje. Wymagamy wiedzy, empatii, dostępności, a najlepiej, by jeszcze miał serce do zwierząt i nie brał pieniędzy za wizytę, bo „przecież kocha zwierzęta”.
Brzmi pięknie. Ale niestety – to nierealne. Tak jak nikt nie oczekuje, że dobry fryzjer ostrzyże nas za darmo, a mechanik wymieni silnik za półdarmo, tak samo dobry weterynarz nie może pracować za darmo.
Co składa się na cenę wizyty?
W 2025 roku realne koszty prowadzenia gabinetu czy kliniki są ogromne – i stale rosną. Oto tylko kilka przykładów kosztów, które ponosi lekarz weterynarii każdego miesiąca:
Wszystkie te koszty ponosi lekarz weterynarii, by mieć możliwość prowadzenia praktyki. I wszystko to musi się zwrócić. Inaczej zamknie gabinet albo przejdzie do pracy w korporacji.
A przecież lekarz to nie robot
Lekarze weterynarii to także ludzie. Mają rodziny, kredyty, dzieci, własne życie. Pracują po godzinach, bywają na dyżurach nocnych, odbierają telefony o 22:00 z pytaniami „czy to coś poważnego?”.
Nikt nie oczekuje, że laryngolog przyjedzie do domu w nocy i zajrzy nam do gardła. Ale weterynarz? „Bo pies się źle czuje”. I najlepiej za darmo. A jak nie, to post na Facebooku: „drapieżnik w kitlu”.
To krzywdzące. To niesprawiedliwe. To pokazuje, że nie umiemy traktować tej profesji z należnym szacunkiem.
„Bo kiedyś się płaciło 30 zł, a teraz 200!”
Tak, wszystko było kiedyś tańsze.
Gabinet sprzed dekady to często był mały pokój, jedna lampa, waga i stetoskop. Dziś chcemy, by weterynarz miał USG, analizator krwi, RTG cyfrowe, tomograf, aparat do narkozy wziewnej, osobne boksy dla kotów i psów, i jeszcze żeby przytulił i miał czas.
Tylko że to kosztuje. I te koszty zawsze pokrywa właściciel zwierzęcia. Tak jak za własne leczenie płacimy – w podatkach albo prywatnie – tak samo za leczenie pupila trzeba zapłacić. Weterynarz nie ma kontraktu z NFZ. Każdy pies, kot, królik czy świnka morska to „pacjent prywatny”.
Nie każdego stać – i to też prawda
To nie znaczy, że wszyscy musimy mieć pieniądze na każdą możliwą operację. Ale jeśli nas nie stać – nie mścijmy się na lekarzu. Nie on jest winny temu, że inflacja rośnie, a system opieki nad zwierzętami nie przewiduje refundacji.
Są fundacje, są zniżki dla stałych klientów, są gabinety oferujące płatność ratalną. Ale nawet one muszą zarabiać, by działać. Bo jeśli przestaną, to zabraknie dobrych lekarzy – i wtedy dopiero zacznie się dramat.
Szanujmy tych, którzy ratują życie
Lekarz weterynarii to nie wróg. To specjalista, który uczy się przez całe życie, bierze odpowiedzialność za każdą decyzję i często podejmuje ją pod presją czasu i emocji.
Niech więc zamiast kolejnego posta o „zdziercach” pojawi się choć jeden z podziękowaniem:
„Mój pies miał skręt żołądka. Weterynarz przyjął nas w nocy, zrobił operację, pies żyje. Dziękuję.”
Bo każda taka historia to czyjaś praca. I czyjeś serce. I to nie ma nic wspólnego z „kasą”.